Strona główna > Felietony z NTO > Dlaczego zjadamy baranki?

Dlaczego zjadamy baranki?

Czy jeśli ma być w Polsce kara za obrażanie uczuć religijnych, to na zasadzie symetrii winno się też karać za podżeganie do ich posiadania?
Pisałem ongi tekst o propagandowych praktykach przedBożonarodzeniowych. Subtelne kasjerki w supermarketach, pytane, czy zanucą w swoich domach kolędę, wzdrygały się jak na widok węża. Faceci z działu budowlanego jednego supermarketów gratulowali sobie, że firma wymaga noszenia osłon na uszy. Ekspedientka w małym sklepiku wzdychała, że od migoczących lampek dostanie pląsawicy gałek, zaś pewne dziecko rozpłakało się głos widząc plastikowego Mikołaja, który gestem deliryka w ostatnim stadium zamachał do niego łapą.
W lodówce, za sprawą mojej religijnej żony, z półeczki łypał na mnie tylko zrezygnowany śledź. Gdym pytał, cóż takiego uczynił ów zwierz, że jego akurat można spożywać w poście, żona wzdychała i obiecywała jednak modlić się za moją duszę.
Pusto było w barach przekąskowych. Pusto, bo nie jest przecież CZYMŚ placek ziemniaczany. Placek ziemniaczany jest NICZYM i próżno ze mną o tym dyskutować.

Z telewizora i radia wylewały się potoki rzewności. Bodaj nawet Doda mamrotała coś jakby chorały, nie używając pupy, biustu, a kadrowano ją tak, jakby zapomniała rano przypiąć sobie nóg do bioder. Próżno było męczyć pilota – stacje nawet te protestancko-niemieckie, to wolnomularsko-prywatne i te kosmopolityczno-misyjne przebijały się w świątecznej celebrze. Jak ci dawali o Mikołaju, to tamci wistowali aniołami. Jak ci szli w przypominanie faktografii, tamci szybowali w misteria. Ziściło się proroctwo McLuhana, że w jakimś momencie media przestaną zwracać uwagę na odbiorców, wystarczy im patrzenie na siebie nawzajem.

Uśmiałem się tylko raz – gdy mianowicie na Al.-Dżazirze zobaczyłem coś jakby wideoklip na temat przyczyn, dla których świat chrześcijański właśnie odlatuje. Tu trzeba byłoby jednak geniusza, by streścił urodę tego przekazu.

Anyway: Gdym opowiedział o tym znajomemu księdzu (jedynemu, który na mnie dotąd nie krzyczał), gdy już się wyśmiał to wyjaśnił, że religia, to zarazem i słowo, i tradycja. Słowo – prawił – w zasadzie jest nienaruszalne, a tradycja żywa jak licho i nad wyraz. Wyznał przy tym, że sam z tą żywotnością tradycji miewa wiele kłopotu. Bo spróbuj – zachęcał do eksperymentu – zachować powagę na pogrzebie, gdy bliscy zmarłego tkają mu na grób miniaturowe choineczki made in chińscy niewolnicy, które wspierane bateryjkami (od tego zająca, co to wiecie…) migać mają po całym cmentarzu, gdy wszyscy już sobie pójdą. Albo odmawiaj modlitwę, gdy na stole wigilijnym stoi krzyż rozświetlony diodami jak te na choince…
Czytałem, że gdzieś na podhalańskiej wsi jest wielki kłopot oczywiście znowu z Judaszem. Tubylcy chcą go bowiem tradycyjnie zamordować, w końcu utopić, ale księży ta perspektywa cóś zniesmacza. Trwają pertraktacje. Strona kościelna proponuje, by ludzie, jak już muszą, to mordowali sobie tę kukłę nieco dalej od kościoła, ale świeckim strażnikom tradycji to z kolei nie w smak. Uważają, że mordowanie Judasza z dala od kościoła to tak, jakby sobie zrobić w domu kukłę tego zdrajcy i ją opluć. A wiadomo, że to, czego publicznie nie widać traci wymiar manifestu, więc jest bez sensu. To kościelni z kolei planują wezwać speców od opętań, by sprawdzili, czy tych ludzi Zły nie pomieszał.
Tradycja Wielkanocna jest, jak się wydaje, mniej skomplikowana. Ot utopi się babę w rzece i zje baranka. Choć… Dlaczego zjadamy akurat baranki? Znów temat do zastanawiania przez co najmniej kolejnych dwa tysiące lat.

  1. Szopq
    23 marca 2008 o 21:32

    I już wiem dlaczego ma Pan jakiś taki dziwny stosunek do Kościoła i jego nauki. Księża na Pana krzyczeli, ot co. Powiem Panu, że mnie kiedyś jeden nawet za ucho wytargał. I jak tu się z takimi zgadzać?
    Ale ja nie o tym. Chciałem się zgodzić z tym co Pan pisze o gwałcie na ludzkich oczach (wiem, że na to Pan szczególnie wrażliwy jest)i uszach, jaki się dokonuje przy okazji różnych świąt. Ale odniosę się do jednego aspektu tej sprawy, który tu Pan poruszył. Mianowicie, zbiera mnie, kiedy widzę jak taka GW wydaje dodatek zatytułowany „Nasz Papież” czy jakoś tak. Zieją antyklerykalizmem co rusz, na Kościele psy wieszają a jak sobie przypomną, że jeszcze nie wszystkich zdążyli przekręcić na oświecone „laicite”, to przy okazji chociażby Świąt Wielkanocnych wyskakują z jakimś wywiadem z księdzem itp. Tak samo wspomniane stacje telewizyjne. Wizjery i inne expresy chyba niedługo będą dawać w łapę ministrantom, żeby Ci wślizgiwali sie księżom do łóżek. Każdy środek jest dobry, byleby tylko styrać czarnych. No chyba, że akurat są święta albo, jeszcze lepiej, umiera Papież. Wtedy to co innego! Wtedy katole nagle są gut a Szeryf Walter jest jeszcze bardziej podobny do Glempa i w ogóle okazuje się, że są na świecie rzeczy ważniejsze niż metody jedzenia bezy. Jeden Urban nie mydli, chociaż nawet już i on zdaje się mieć coś z Glempa.
    Wesołych Świąt!

  2. koleś
    24 marca 2008 o 12:50

    Czasem wydaje mi się, że jednak to prawda, iż każdej Tezie przyporządkowana jest Anty-Teza i obie bez siebie nie mogą istnieć, jak Religia i jej zaprzeczenie Laickość. Czyżby? Dla mnie Religia to inny świat, ale jednak nie wrogi. Laickość to też inny świat i podobnie – nie wrogi. Wrogość zaczyna się wtedy, gdy przedstawiciele tej czy drugiej strony próbują na mnie wpłynąć w sposób przeze mnie odrzucany, nie poprzez rozmową, ale, wykorzystując swoją przewagę, poprzez stworzone przepisy administracyjne.
    Wielu, atakując Religię, myśli, że stawia się od razu w szeregu Wolnomyślicieli, inni, atakując Wolnomyślicieli, myślą, że w ten sposób dobrze przysłużą się Religii. Najczęściej obie strony dobrze służą Nienawiści.
    Jak ktoś chce udowadniać, że Kościół jest be, to epatować będzie sprawą bp. Paetza, jak ktoś chce udowodnić zasługi Kościoła dla polskości, to poda przykład Stefana Kardynała Wyszyńskiego. A tu, tymczasem pojawia się także postać świętego, ojca Kolbe, człowieka, który był przed wojną może równie kontrowersyjny jak obecny o.T. Rydzyk, ale który poświęcił swoje własne życie dla innego, obcego, człowieka.
    PO stronie laików pojawi się Miłosz, wielki poeta, ale który miał wielkie pretensje do Kolbego za utratę pracy w Wilnie po tym, jak został oskarżony o „stworzenie jaczejki komunistycznej”, co jednak nie przeszkodziło mu przyczynić się do eliminacji z życia publicznego Zbigniewa Herberta (póki tuż przed śmiercią sobie nie wybaczyli – jakoś tam wybaczyli, bo co się stało, to się nie odstanie)… I Kolbe, i Miłosz to są autorytety, ale trzeba wiedzieć, gdzie ich wielkość się zaczyna i gdzie się kończy, jeden został świętym po śmierci, drugi noblistą za życia, zwyciężyli obaj, swoją walkę o człowieczeństwo obaj wygrali, chociaż przegrali po kilka bitew.
    Istnieje także coś takiego jak prawo wielkiej liczby i ono zakłada, że każde społeczeństwo ma określony, raczej stały, procent geniuszy i złodziei. Każda grupa społeczna ma ten swój procent.
    Śmiem twierdzić, że odsetek ludzi przyzwoitych wśród księży, jest wyższy ponad przeciętność. I śmiem też twierdzić, że odsetek ludzi przyzwoitych wśród ateistów jest też wyższy ponad przeciętność.
    Dlaczego jednak w dyskusjach owych grup ze sobą tego nie widać, tłumaczyłbym prawem Kopernika, mówiącym o wypieraniu dobrego pieniądza przez gorszy, i, na tej podstawie – wypieraniu mądrych ludzi np. z telewizji i radia przez cwane, wygadane ale jednak, patrząc na efekty, niedojdy umysłowe.
    W mediach bowiem, z powodów dla mnie niejasnych, dominuje przekonanie, że trzeba jednych na drugich napuszczać! Jak się chce sprowokować PiS to trzeba użyć Niesiołowskiego, jak odwrotnie to Kurskiego. I zabawa gwarantowana. Pośmiać się można z Nelly, która zgubiła swojego „Stasia” a pies Saba też zmienił właściciela, a widz w końcu siedzi z mętlikiem w środku medialnej pustyni, zdając sobie sprawę, że chyba nie lubi jednak Arabów.
    Chyba wychodzą z założenia, że kłótnia i chaos to jest to, a rozmowa, która coś może uporządkuje, szybko znudzi widza.
    „Badania” różnych ośrodków ich w tym utwierdzają, że ich „grupą docelową” są istoty żądne „chleba i igrzysk”. Najpierw odsunęli „dobrych” widzów od ekranu, a teraz sobie to potwierdzają, hurra i o rany!
    No cóż, mnie np. kłótnie zniechęcają do oglądania różnych TVN-ów, w tym samym wymiarze, co programiki „kadzące” jak swego czasu „Autograf” z byłym już premierem. Kłótnię łatwo przygotować, rozmowę daleko trudniej, po pierwsze – samemu trzeba coś wiedzieć , po drugie – mieć charakter. Charakter w epoce „wyścigu pryncypałów”? Trzeba być bardzo bogatym, aby mieć charakter – usłyszę. I coś w tym jest, prawda?

  3. Grenadier
    24 marca 2008 o 20:16

    Zjadamy bo są dobre… 😛

  4. rasputin
    25 marca 2008 o 18:00

    Baranek Boży (łac. Agnus Dei) – tytuł, którego w Nowym Testamencie używał wobec Jezusa Chrystusa Jan Chrzciciel (J 1, 29). Jest to odwołanie do nauki starotestamentowej, w której ofiara z baranka jest ofiarą składaną Bogu. Baranek Boży symbolizuje ofiarę Jezusa na krzyżu, którą złożył dla odkupienia ludzkości (Iz 53, 7).

    W Polsce agnusek (od nazwy łacińskiej) to baranek wielkanocny – medalik z wosku poświęcony przez papieża, z odciśniętą na awersie podobizną Jana Chrzciciela, a na rewersie Baranka. Medalik miał chronić przed złem i chorobami. Do dnia dzisiejszego w Wielką Sobotę święci się figurki baranka – symbolu niewinności Chrystusa, wykonaną z masła, cukru, ciasta itp.

    Ponieważ w pierwszych wiekach chrześcijaństwa Jezusa Chrystusa przedstawiano w formie baranka, nieznany jest jego rzeczywisty wygląd. Współczesne powszechnie akceptowane wyobrażenie mężczyzny z długimi włosami i niewielkim zarostem bardzo odbiega od niegdysiejszej postaci bezbrodego młodzieńca.

  5. szopq
    25 marca 2008 o 20:48

    mądrze prawisz koleś 😉

  6. koleś
    25 marca 2008 o 23:00

    chyba nam wszystkim coś dobrego się tu udało, co? 🙂

  7. Żuraw
    26 marca 2008 o 21:55

    Milion procent racji Koleś z tą humanoidalną wersją prawa Kopernika. Tak już jest, że jak poziom ujadania przekracza jakąś dopuszczalną przez tych przyzwoitych normę, to po prostu idą sobie w jakieś bardziej ciche miejsce. A skoro są przyzwoici i mając lat -ścia lub -ści, to znaczy że jakieś umiejętności posiadają, przecież nie zarabiali na życie kradzieżą.
    I między innymi dlatego listy wyborcze wyglądają tak jak wyglądają.

  8. mol
    27 marca 2008 o 06:51

    Welcome back my friends to the show that never end`s! 🙂
    Odzyskałem neostradę! God save TPSA!
    Wprawdzie co i rusz ona się zrywa, ale już znów mogę się sycić milionami do niczego mi niepotrzebnych informacji o świecie!
    Zresztą… Może tylko ja się ciesze, że wróciłem. Bo jak widzę, świetnie się bawiliście beze mnie… 🙂

  9. koleś
    27 marca 2008 o 08:43

    Miło znowu widzieć tu gospodarza… Jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy się nad tym i owym zastanawiać… Nie chcę się „wtryniać” z podrzucaniem tematów, ale wątek „list wyborczych” mnie, w dobrym znaczeniu tego słowa, ukuł do żywego… Nie wiem, czy przyszło mi do głowy to samo, co Żurawiowi (dzięki, dzięki), ale spróbuję to ubrać w słowa… Ale najpierw kilka codziennych obowiązków 🙂

  10. koleś
    27 marca 2008 o 17:45

    Z dyskusji na temat list wyborczych utkwiło mi w pamięci to, że PO chciało okręgów jednomandatowych a PiS zwalczał ten pomysł twierdząc, że w ten sposób lokalne kliki miałyby olbrzymi wpływ na nie tylko lokalną politykę. Myślę, że gdzieś można znaleźć jakąś głębszą analizę pomysłu. Ja na nią nie trafiłem, ale pewnie szukałem nie tam, gdzie należało.
    Na pewno zaś funkcjonuje coś takiego w Wielkiej Brytanii, ale czyż można brać przykład z ludzi, którzy leją mleko do herbaty, kierownicę montują po stronie pasażera a ich piwo dobre jest tylko przy uzupełnianiu krateczek w krzyżówce?
    Paru ludzi twierdziło, że Anglicy do tych rozwiązań dochodzili 300 lat i dlatego my, Polacy, mamy sobie temat odpuścić. Innymi słowy: proch powinniśmy wymyślić sami i Amerykę odkryć na nowo.Ta logika mi nie odpowiada.
    Jeśli chodzi o lokalne kliki – czyż nie mamy ich nadal? Czyż nie chodzi nam o to, by lepsi ludzie nami rządzili? Lepsi, bo przecież nie święci.
    Ale przed kim odpowiada poseł z naszego okręgu? No przecież, w swej masie, nie przed wyborcami. Odpowiada tak naprawdę przed Tuskiem, Kaczyńskim lub tym młodym człowiekiem z SLD (chociaż tu nie jestem taki pewny, kto naprawdę tam trzyma rękę nad wszystkim), to od tych ludzi i ich przybocznych zależy to, czy będzie w następnej kadencji na liście czy też z niej zniknie. To byłaby w skrócie jedna strona medalu – mogłoby się zdawać – jestem za okręgami jednomandatowymi.
    Druga strona medalu – są te okręgi, są nowi posłowie i… okazuje się, że wprawdzie są z jednej partii, ale dogadać się nie mogą, bo wyborcy domagają się w jednym okręgu tego, na co wyborcy z drugiego okręgu zgodzić żadną miarą się nie chcą. Np. sprawa budowy elektrowni atomowej – niby potrzebna, ale kto chce mieć ją w swojej gminie?
    No, dobrze, ale jak to funkcjonuje w tej Anglii? Wie ktoś? Tylu Polaków tam siedzi, tylu zna ten kraj, może ktoś mnie oświeci!

  11. mol
    27 marca 2008 o 18:14

    Mam wrażenie, że w wielu sprawach zżera nas dążność do znalezienia rozwiązania bez wad. Tak jest w przypadku okregów jednomanadatowych (OJ). Tymczasem, jak w życiu zwykłym, tak i publicznym, z reguły wybiera się to, co najmniej złe, a gdyby zbilansowac wady i zalety obu systemów (obecnego i OJ) wyszłoby, że ten drugi, mimo wad, jest lepszy.
    Ale.
    Obecne partie, które są typu leninowskiego (centralizm demokratyczny, biura polityczne etc) nie zgodzą się na OJ, gdyż to jak głosowanie karpi za przyspieszeniem Wigilii. Przed kim dziś odpowiada poseł? Przed wyborcą, czy biurem politycznym? Oczywiście że przed biurem. Od kogo bowiem zalezy jego polityczny byt? Od biura, które decyduje o miejscach na listach (da biorące, lub nie). Dlatego partie w kampanii wyborczej ZAWSZE opowiadają się za OJ, bowiem nie wypada wręcz mówić, że obecny system komuś się podoba, natomiast PO WYBORACH zwycięzka partia zaczyna marudzić, „że jeszcze nie pora”, że „potrzeba konsultacji” itp.
    Zmiana obecnej ordynacji na OJ jest zatem próbą odbicia państwa z rąk klasy politycznej. A w każdym razie zwiększenia wpływu obywateli na politykę.
    Co zresztą tym bardziej groźne, gdyż natychmiast okazałoby się, że tzw. wartości większośc ma w nosie, chce mieć sklepy otwarte w niedzielę, porno w sklepach i religie za drzwiami a nie w łożku. Wredne, paskudne, przypadkowe społeczeństwo!
    Prawda Aniu blogelko? 🙂

  12. Grenadier
    27 marca 2008 o 20:34

    I na przykład okazało by się, że po wyborach musi sie zmienić lider przegranej partii (co jet po prostu logiczne) i co gorsza odejść w niebyt…

  13. 27 marca 2008 o 22:19

    Oświećcie mnie Waszmościowie, bo jednej rzeczy z zagadnienia czy ordynacja proporcjonalna czy większościowa nijak zrozumieć nie mogę. Mamy zwolenników jednej i drugiej; proporcjonaliści zasadniczo spierają się czy głosy się liczy systemem d’Hondta czy tego drugiego, co nie pamiętam jak się nazywa (nie przypominajcie mi, jest mi całkiem dobrze z tą niewiedzą). A większościowcy jak jeden mąż – jednomandatowe. A niby dlaczego? Czy przy większościowej nie może być okręgów dwu-, trój- czy więcej mandatowych? Owszem, okręg pięćdziesięciomandatowy będzie tak duży, że wśród wyborców identyfikacja posła z własnego okręgu będzie żadna, poza tym jak facet który mieszka 150 km ode mnie ma w jakikolwiek sposób rozumieć specyfikę miejsca gdzie mieszkam. No i przy czymś tak wielkim wchodzą do parlamentu partie z dwuprocentowym poparciem, co chyba też nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Ale to nie znaczy że zaraz OJ, dwu albo trójmandatowe okręgi mają chyba te same zalety co OJ, a także kilka zalet, które OJ nie mają. Np przy trzech partiach wiodących z poparciem rzędu po 40% na dwie i 20% na trzecią, przy OJ wchodzą tylko te dwie, a przy trójmandatowych przemknie się kilku z tej trzeciej, jednak całkiem istotnej. Nie ma zaśmiecania parlamentu kilkuprocentowymi partyjkami, najważniejsi i tak uchwalą to co chcą uchwalić, ale będzie tam ktoś, kto czasem powie że król jest nagi, a i będąc języczkiem u wagi w maszynce do głosowania nie zawsze musi zaszkodzić, czasem wręcz przeciwnie.
    Nie wiem ilumandatowe powinny być okręgi (brytyjczycy nie są zbyt biegli w cyferkach i w miarach, wystarczy popatrzeć na punktację w tenisie albo brydżu, do tego ich poprzedni system monetarny – ileśtam pensów to szyling, ileś – ale nie tyle samo – szylingów to funt, a po drodze jeszcze jakieś gwinee i korony), tylko nie rozumiem dlaczego koniecznie jedno.

  14. mol
    28 marca 2008 o 09:22

    Właściwie to nie wiem jak dalece elastyczne są obie ordynacje. Ale pewnie komplikować je można do woli. Rzecz w tym, że uroda jest w prostocie. I sens. OJ wyraźniej pokazuje przeciętnemu wyborcy związek miedzy tym co wrzucał do urny, a tym co z urny wyskoczyło i siadło w parlamencie. Nie ma wiele miejsca na cuda w postaci jakich LPR i podobnych dziwadeł.
    A swoja droga, czytam, że sąd nie skazał na męczarnie autora antyaborcyjnej wystawy w Opolu. Paskudstwo liberalnego społeczeństwa polega przede wszytskim na tym, że cholernie trudno zostać męcznennikiem, choćby się człowiek bardzo starał 🙂

  15. Grenadier
    28 marca 2008 o 09:51

    A tak naprawdę to także nieistotne jest jaka jest ordynacja, tylko co mają do zrobienia ci faceci w sejmie. Jak dalece pozwalamy im ingerować w nasze życie. I tyle.

    PS. Z tymi pensami to już historia. Dali się zgwałcić dziesiętnemu 😉

  16. Żuraw
    28 marca 2008 o 10:13

    Eeee, proporcjonalna ordynacja też pokazuje wyraźnie związek pomiędzy zawartością kartki wyborczej a zawartością parlamentu. Przy czym tylko w sytuacji gdy głosuje się na Tuska (personalnie) i wchodzi Tusk (personalnie) nie trzeba uruchamiać żadnych procesów myślowych. Bo gdy głosuje się na Dorna (personalnie) a wchodzi Ziobro (personalnie) czy gdy głosuje się na Kaczyńskiego (personalnie) a wchodzi Oleksy (personalnie), to ani w 1-OW, ani w 2-OW, ani w proporcjonalnej niczego nie widać bezpośrednio, tylko trzeba pomyśleć, a z tym już jest kłopot.
    1-OW oczywiście daje możliwość powiedzenia w oczy (o ile ktoś się dopcha w kolejce na audiencję i Pana/Pani Posła) „Ja na Ciebie głosowałem bo mówiłeś/aś to i to a robisz tamto i owo”, ale w 2-OW też się da. Przy rozkładzie głosów np 30% jeden, 25% drugi, reszta to śmiecie, w 1-OW wygarnąć w oczy może 30% wyborców, w 2-OW może to już zrobić 55%, choć oczywiście muszą się podzielić na dwóch deputowanych.

    Ja się czepiam 1-OW, wolałbym żeby zastąpiły obecne proporcjonalności, po prostu nie rozumiem ani całkowitej nieobecności 2-OW w dyskusjach, ani w czym 1-OW jest lepsze nad 2-OW.

  17. mol
    28 marca 2008 o 11:56

    Przy obecnym systemie wyborczym co chwilę mamy do czynienia z politycznym trzęsieniem ziemi. Np. SLD zawiera koalicje z PD. Chrzanią coś o jakiś wartościach itp, ale prywatnie mówią: gra idzie o dotacje a te są możliwe po pokonaniu progu etc. Polityka sprowadza się do kalkulacji – jak żyć, by przeżyć. Co łączy PO z PSL? Co łączyło PiS z Samoobroną i LPR? Kim do cholery w ogóle jest LPR? Ale praprzyczyna wszystkiego leży w ordynacji. Obojetnie jakiej – byle najbliższej zasadzie, że mniej więcej to co wrzucam, to wyciągam.
    Partie gmatwają na nutę: trzeba ordynacją wzmacniać syatem partyjny, bowiem partie są esencją demokracji. No i co mamy? Tuska spierającego się z Kaczyńskim. Ktoś wie, kim jest Komorowski? Pawlak? reszta? Tylko kilku dziennikarzy, którzy z tego żyja. A dlaczego ludzie nie wiedzą kim są tamci? Bo oni są politycznie nieważni. System demokratyczny w Polsce opiera się na sporze Tuska z Kaczyńskim, a i to bardziej o sposób zachowywania się przy stole niż o cokolwiek ważnego. To całość tego systemu. Jeśli po owocach mamy poznawać je, to niniejszym oto owoce, zatem jakie jest drzewo-ordynacja?
    Remontowac nalezy od fundamentów. A budować je kierując się real-politik, która zakłada, że skuteczne rządzenie oparte jest na założeniu, że ludzie mają politykę w dupie, więc nie będą jej poświęcać więcej czasu niż to konieczne. Dlatego powinny być okręgi jednomandatowe i szlus! 🙂 Każdy podpunkt, zastrzeżenie wmycone do tej zasady to strzał we własną stopę.

    Aha: mamy na Opolszczyźnie posła lewicy. Widział ktoś te lewice? Ona coś mówi? O coś zabiega? Grupuje jakichś ludzi? Ma tzw. bazę społeczną? Spełnia jakieś oczekiwania? czyje? Skąd zatem poseł? Z ordynacji, bo przeciez nie z urny

  18. Żuraw
    28 marca 2008 o 14:52

    Hehehehe, jednomandatowe albo śmierć, 2-mandatowe non passaram, jednomandatowe biedniaki w sojuszu z dwumandatowymi średniakami zwalczą trójmandatowe kułactwo etc……
    Molu drogi, dalej nic nie rozumiem. Ani myślę polemizować z diagnozą, podobnie o umiejscowienie polityki w organizmie wyborcy (dysputa mogłaby być co najwyżej o głębokość) ale nijak nie qumam dlaczego akurat ta terapia jedno-, a nie dwu- okaże się panaceum.
    I pytam się gwoli zaspokojenia czysto intelektualnej ciekawości, łaskawy los póki co uwalnia nas od decyzji.

  19. ro
    28 marca 2008 o 15:35

    Może ja odpowiem.
    ~~
    Im właśnie chodzi o to, żebyśmy spierając się o zupełnie nieistotne szczegóły, przestali zauważać, że d…kracja jest zwyczajnie głupim rozwiązaniem.

  20. koleś
    28 marca 2008 o 15:49

    Bałagan jest cudowną sprawą dla wszelkiej maści złodziejaszków, tych małych od snickersa w sklepie po tych dużych od firmy zza płota. Okradziony nie od razu się zorientuje, że coś mu zginęło, policja w przepisach rozeznać się nie może, o prokuratorach i sędziach już nie mówiąc, bo ci rozeznanie co do jego braku mają doskonałe, aż dziw, że parę wyroków sprawiedliwych im się udaje. Szacunek szczególny dla opolskich!
    Jeśli uda się komuś zerknąć na zaplecze jakiegoś sklepu, fabryki, zakładu, partii i zobaczy tam bajzel, to może w ciemno, na 100% uznać, że tam kradną. Uwaga! Znam się na tym.
    No to popatrzmy na zaplecza… polityczne naszych posłów. Ujrzymy coś? Sondaże. Hm, od sondy do sondy aż kończy się w sądzie, jak dla pogaństwa w Opolu…
    Sorry, dziś nie czuję się w formie, jeden taki „czarnowidz kujawsko-pomorski” (bo tymczasem tam jestem) podniósł mi ciśnienie i wybieram się na spacer po słońce, przewietrzyć się.

  21. mol
    28 marca 2008 o 18:58

    RO uległ pokusie leśniczego: przyszedł do lasu i radby wygonić partyzantów. Jak zobaczę strzelbę i uznam, że wystarczajaco duża, to się oczywiście do RO przyłaczę. Ale póki co…
    Popracuję nad Żurawiem.
    Otóż:
    Ordynację możemy nazwać nawet „ziemniakami z szampanem”, ale sensowna będzie wtedy dopiero, gdy prosta.
    Prosta to taka, gdy wyborca omal palcem może pokazać i powiedzieć: „Ty będziesz posłem”. A stabilność będzie wtedy, gdy przeczucie podpowiadane przez tzw. zdrowy rozum upewni wynikami wyborów ludzi w tym, że rzeczywiście wybierając-wybierają.
    Czyli: że nie odbywają się nad urną żadne cuda im d`Hondta, w wyniku których pojawiają się „siły” odmawiające ludziom prawa do referendum w sprawie aborcji na przykład. (Nie mam obsesji na tym punkcie i nie chcę otwierać tego wątku). Ordynacja nie ma służyć umacnaianiu systemu demokratycznego, tylko przekładac na praktykę działania oczekiwania wyborców. Kropa. Dlatego m.in. skandalem jest głosowanie Polonii, bowiem guzik jej do tego, jakie ja będe płacił podatki w moim kraju. Każdy powienien głosować tam, gdzie płaci tax.
    Wrogiem maksymalnej prostoty w życiu pblicznym politycznym, w ordynacji są politycy, którzy sens swej misji upatrują w uprawianiu kombinacji. Ideowych, ekonomicznych diabli wiedzą jakich jeszcze. Oni sprawiają, że ludzie nie roizumieją i nie chcą rozumiec polityki, że z pogardą mówią o instytucjach demokratycznych, że drwią z ordynacji, etc. Ten stan jest im na ręke. Im mniej mają świadków, tym im łatwiej kombinować.

  22. Żuraw
    28 marca 2008 o 20:00

    Molu, z całym wielkim i niekłamanym szacunkiem dla Twojej osoby i Twojego pióra muszę nieśmiało podnieść myśl, że w jakiejś placówce typu uniwersytet (taki prawdziwy, nie opolskie WSP z inną pieczątką) karierę naukową niewątpliwe byś zrobił, ale dydaktycznej nie za bardzo. Nic a nic mi nie wyjaśniłeś, być może się nie da wyjaśnić. Co ma głosowanie Polonii (racja że bezsensowne, chcą głosować, to niech wrócą do Polski) do proporcjonalności czy większościowości ordynacji? Nic. Zero. 2-OW jest tak samo skomplikowana jak 1-OW, przynajmniej dla tych którzy potrafią liczyć do trzech (nie dwóch i nie czterech, jak przy Świętym Granacie z Antiochii).
    Możliwość pokazania palcem w 1-OW nie chroni przed niczym. Mamy bowiem w RP ze dwie ordynacje większościowe i do tego 1-OW, a w każdej z niej na II kadencję wybrano osoby nie za bardzo nadające się do funkcji (1 kadencja pal sześć, powiedzmy że mieli dobry pi ar i ludzie nie wiedzieli, ale w trakcie kadencji widać było, że to nie do końca jest to). Do czego piję? Ano prezio Olo wszystkich Polaków i Richard The Brave w Opolu, każdy dwie kadencje i każdy nie powinien pełnić tej funkcji, choć oczywiście trzeba przyznać że z prawie że przeciwstawnych powodów. Jeden za bardzo, hmmm, operatywny, drugi ma za wielką aureolę świętości.
    Przy okazji, gdyby były 2-0W, to też mamy folklor, w końcu Stan Tymiński by przeszedł….
    Może to kwestia wielkości okręgu – przy wyborach do rady dzielnicy (nie twierdzę że to potrzebne ciało) jak najbardziej 1-OW, każdy może spotkać wybranego na ulicy i mu nawrzucać, ale przy parlamencie? Jeden poseł na minimum 100.000 ludzi (lub wiecej, jeżeli uda się ograniczyć liczbę Panów Posłów), toć to też alienacja i oderwanie się od rzeczywistości.
    Wiem, wiem, nie było za dużo kandydatów, ale to już nie jest bezpośrednio spowodowane przez ordynację, tzn. jakiś jej wpływ jest, bezpartyjny człowiek musiałby mieć sławę gwiazdy estrady czy filmu, skoro nie ma, to wie że nie wejdzie i nie próbuje. Ale przy 3-OW ma szanse wejść bez poparcia partii, więc kandydowanie niezależnych to jest kwestia większościowości ordynacji.
    Zgadzam się, że nadmiar ilości mandatów zwiększy prawdopodobieństwo folkloru w sejmie, ułatwi też pewne manipulacje (mniejszą ilość ludzi trzeba zmanipulować), ale nie jestem po prostu pewien, że ta granica przebiega dokładnie pomiędzy jeden a dwa. Nie wiem gdzie, jest to jakaś forma paradoksu łysego, uważam że 2 lub 3-OW nie niosą za sobą większych ilości wad niż 1, byc może nawet mają zaletę wpuszczenia poglądów (nie łudźmy się że partie znikną przy większościówce) z poparciem 20%.
    Ale jak zrobisz Molu 1-OW, to przyturlam do Ciebie beczkę piwa i nie będę czepiał się że nie 2. A jakbys jeszcze wyciął finansowanie partii z budżetu…..

  23. mol
    28 marca 2008 o 20:11

    Może zacznijmy ten Długi Marsz od kilku prostych kroków?
    1. Nie widzę żadnego powodu, by upierac się przy tym, że np. Opolszczyzna powinna mieć „swojego” posła. Dla mnie może on mieszkać w Nepalu, być Eskimosem, a projekty ustaw przysyłać majlami. Nie znam ani jednego przypadku, by tzw. nasi parlamentarzyści ugrali cokolwiek co możnaby okreśłić jako opolski „myk”. Więcej: gdyby nawet coś takiego ugrali, przyznam, że miałbym mieszane uczucia.
    Podobnie nie miało nigdy sensu upieranie się przy tym, byśmy w naszym okręgu wyborczym do parlamentu europejskiego wprowadzili akurat posła z Opolszczyzny. To się udało, ale przecież on jest posłem zarówno dbającym o sprawy Portugalii, jak i naszego regionu. Tak jest skonstruowany parlament, o czym my nie chcemy wiedziec.
    Zatem: Nie ma najmniejszego znaczenia, czy posła wybiera 100 czy 1000 tysięcy ludzi.
    Czyż zgoda?

  24. mol
    28 marca 2008 o 20:19

    2. Nie chcę zagłady partii, tym bardziej, że ich istnienie w obecnym kształcie jest mi doskonale obojętne, z tymi tylko wyjątkami, gdy mi ewidentnie szkodzą (ośmieszają jak PiS, albo mizdrzą jałowo jak PO). Niech rozkwta 100 chwastów! 🙂
    Gdy mówiłem o zależności między stopniem zwyrodnienia partii a stopniem komplikacji ordynacji chciałem dowieść, że jest to zależność wprost proporcjonalna. Ale tak jak teza, że uproszczenie ordynacji zmiecie obecne partie ze sceny – były to tylko dygresje.
    OJ (w wersjach) zrodziałaby nowe partie, inaczej osadzone w społeczeństwie, a zwłaszcza mocno zakorzenione w społecznościach lokalnych. Idąc w lekką skrajność: gdyby media zrobiły zmowe i przez kwartał nikt nie napisałby słowa o jakiejkolwiek partii na Opolszczyźnie, po owym kwartale mało kto z Opolan potrafiłby je wymienić. W ordynacji większościowej są one bowiem potzrebne centrali do rozklejania plakatów i do niczego więcej.

  25. ro
    28 marca 2008 o 22:53

    Molu!
    Żórawiu!
    ~
    Sorry, ale Wasza wymiana zdań utwierdziła mnie w jednym:
    D…kracja jest jak Palenie z pewnego plakatu –
    do d…y!
    ~~
    Idę do domu, spać!

  26. Zuraw
    28 marca 2008 o 23:42

    Ależ drogi RO, to oczywiste, że ilość wad demokracji przekracza pewne, hmmm, powiedzmy że akceptowalne normy. Akceptowalne przynajmniej przez kilku tu obecnych i jeszcze zapewne przez niemałą część ludzi choć trochę myślących. Powstaje drobne pytanie – co w zamian? Najbardziej efektywnym ustrojem władzy jest (nie twierdzę że to uniwersalna prawda, ale ja akurat tak to widzę) jest absolutyzm oświecony. Ale ma jedną wadą, dość zasadniczą. O ile kandydatów na absolutystów jest dość sporo, to z ich oświeceniem jest gorzej niż źle. Czy jest coś pomiędzy? Nie wiem.
    Na moje szczęście nie muszę organizować ustroju dla jakiegokolwiek społeczeństwa. Myślę, że to społeczeństwo też na tym dobrze wychodzi (choć o tym oczywiście nie wie) 😉

  27. mol
    29 marca 2008 o 08:06

    RO widząc w cyrku pchłę stojącą na jednej nodze i wycinająca na skrzypkach rzekłby zniesmaczony: marny z niej grajek…
    … Bo też i marny, bo też i cyrk jest nudziarstwem, bo pchły w ogóle nie poiwinny żyć, ale…
    Są, grają, a ludowi się to podoba!
    No więc skoro już płyniemy na tej łódce o nazwie demokracja, skoro lądu nie widać, a załoga łódkę poklepuje i cieszy się, że ładna, to cóż się dąsać? Może lepiej pokombinować, jak uczynić ją znośną? Żeby przyjamniej się żeglowało czekając na piękny, monarchistyczny transatlantyk, który powiezie nas ku szczęściu oczywiście absolutnemu oraz oświeconemu? 🙂
    Przegapiłeś Żuraw moją myśl wiekompomną, że otóż w ogóle nie potrzebuję posła, któryby był z krwi, kości, ziemi mojej. Że dla mnie może być on pingwinem, jeśli tylko prócz jaj znosiłby dobre projekty praw. Wielcem rozczarowany, bo tak mozolnie to wymyślałem, aż mi pot czoło zrosił 🙂

  28. ro
    29 marca 2008 o 15:17

    Na niedoświeconych absolutystów jest sposób: od czasu do czasu przeciągają strunę i… potem przez jakiś czas jest spokój. Taki facet ma to wliczone w koszty, więc jak ma odrobinę oleju w głowie, to się hamuje.
    D…kracja jest nastawiona przede wszystkim na produkcję strun z gumy.
    Przypomnij sobie drogi Żurawiu, ile mieliśmy wolności, na przykład gospodarczej, jeszcze kilkanaście lat temu, gdy d…kracja się jeszcze tak nie okopała.
    A dzisiaj Mol się kudkudaczy, że mu się nie udało zabronić(!) jakiejś wystawy. Popatrz, jak się zaplatał w d…krację: chce wolności zabijania Nie dla siebie, nie. Dla innych. On jest przeciw. Ale broń Boże, żeby ktoś pokazywał to zabijanie na zdjęciach! To juz nie pasuje do jego wrażliwej natury. I będzie biegał po Opolu i okolicy, i nawoływał tak długo, aż przekona do swoich pomysłów innych d…kratów. Zabawne, że jest przekonany, iż w ten sposób zbawia świat.
    W absolutyzmie byłoby: „tak – tak, nie – nie”. Albo by (dożywotni) prezes Państwo Sp. z o. o. pozwolił, albo nie. I koniec dyskusji o „uświadomionej konieczności”.
    Aż do zerwania struny.
    ~
    Tak nawiasem, w monarchii (dziedzicznej) jedno jest piękne. Nikt mi nie powie:
    -Trzeba było głosować inaczej – teraz nie narzekaj.
    😉

  29. ro
    29 marca 2008 o 16:07

    Drogi Molu!
    Nawet nie wiesz, do jakiego stopnia przykład z pchłą jest trafny.
    Od dziecka nie cierpię cyrku, a zwłaszcza sztuczek ze zwierzętami. Uważam, że nie po to słoń ma cztery nogi, żeby chodzić na dwóch, w białym fartuszku i nalewać herbatę do filiżanek. Żenują mnie telewizyjne szoły z dziećmi udającymi dorosłych (szczególnie te z piosenkami z plejbeku). I dostaję niestrawności, kiedy aktor znany z tego, że prochu nie wymyśli, obsadza rolę profesora uniwersytetu.
    (Tak, wiem! Mój świat jest nudny.)

  30. Żuraw
    29 marca 2008 o 20:40

    Istotnie RO, czasem absolutyści przeciągają strunę. OK, ale mamy różne rodzaje przeciągnięć. Josif Wissarionowicz, Adolf H., Napoleon B., Pol Pot i wielu innych też przeciągnęli. Wybacz, ale wolę już najgorszą eurodemokrację niż tych absolutystów. Na zasadzie że mniej źle jest odmrozić sobie palec nić żeby ucięli mi głowę. Piłą ręczną.

  31. ro
    29 marca 2008 o 21:09

    Ale każdy z nich, nie wyłączając pana B. był d…kratą.
    Zwłaszcza Pol Pot. Ten był podwójnym demokratą – bo po Sorbonie.
    🙂
    ~~
    Jednak skłonny jestem przyznać Ci trochę racji odnośnie… Korsykanina.
    Ten istotnie nie pasuje do mojego obrazka. Pozostali nie spełniali warunku „niesocjalistyczności” – czyli nie w… trącania się do gospodarki. No i byli nasączeni tą swoją kretyńska ideologią jak skorpion jadem.

  32. Zuraw
    29 marca 2008 o 23:47

    Eeee, żaden z nich nie był demokratą. Owszem, przy dochodzeniu do władzy wykorzystywali pewne filodemokratyczne prądy w społeczeństwach, ale demokratą to żaden z nich nie był, przynajmniej nie w praktyce. Oczywiście, że wtrącali się do gospodarki i że byli – jak powiedziałeś – przeżarci swoją ideologią, ale to świadczy o braku oświecenia a nie o niebyciu absolutystą.

  33. mol
    30 marca 2008 o 10:34

    Chłopaki, nie odjeżdżacie aby? Nie wtrącanie się do gospodarki jest miarą… czego? Wyobraźmy sobie wyprawę wojenną neandertali: szef mówi, chłopaki idziemy postrącać z drzew tych zza strumienia. Oczywiście nie wnikam, które kamole weźmiecie ze sobą, bo nie wtrącam się do gospodarki by przyspieszyć nasze uczłowieczanie, ale jak który weźmie te, z których mamy zrobione miejsce na ognisko to mu ogon urwę!
    Hitler był demokratą, bo mianował Sppera, by mieć wegiel, rudy żelaza, paliwa potrzebne mu do rozpychania się w Europie? Więc grzeszył nieliberalizmem? A czym miał zaatakować, skoro chciał, innych? Rodową zastawą? Własnymi wąsami?
    Zachowując należne proporcje – ja też jestem absolwentem UO, ale czy studia tworzą Pol-Potów? Zatem niemiłośnikiem demokracji jest tylko szczery i zupełny idiota?
    A odnośnie wystawy aborcyjnej… ale to w tym nowym wątku, bo się pomiesza 🙂

  34. mol
    30 marca 2008 o 11:33

    Jezu słodki! RO!!! A gdziez ja napisałem, że chciałem zabronić tej wystawy? Wiecej: gdzieś na tym blogu jest mój wpis, że jeśli autor wystawy będzie miał jakieś kłopoty, to ja po wolteriańsku pospiesze mu na ratunek!
    Ciążę mi wmówiłeś do brzucha, więc teraz masz mi gratisowo wykonać aborcję! 🙂
    Tysięczny raz powtarzam: skoro ktoś coś ogłasza publicznie – także w formie wystawy zdjęciowej – MUSI się liczyć z recenzjami, omówieniami, zastrzeżeniami, ochami a też achami!
    Chyba że ów ktoś swoje publikacje uważa za aneks do dziesięciu przykazań. Ale wtedy, zdaje mi się, grzeszy.. 🙂
    Pisze też RO: „W absolutyzmie byłoby: “tak – tak, nie – nie”. Albo by (dożywotni) prezes Państwo Sp. z o. o. pozwolił, albo nie. I koniec dyskusji o “uświadomionej konieczności”.”
    Pyszne! Ro wymyślił bowiem Władcę Absolutnego (lub Zespół Władców Absolutnych), którzy odznaczają się brakiem naturalnych dla istoty ludzkiej (lub zespołu istot) wahań, rozterek, wątpliwości. Próbuję sobie wyobrazić takiego Władcę, któryby spełniał oczekiwania RO. Mam w polu widzenia tylko jedną inteligentną, acz pozbawioną wszelkich wątpliwości istotę rozumną: zmywarkę do naczyń otóż. Ona, kurde, faktycznie nie hamletyzuje, tylko albo „tak-tak” myje, albo „nie-nie” odmawia mycia.
    RO – chciałbyś być sekretarzem albo rzecznikiem Zmywarki? 🙂

  35. ro
    31 marca 2008 o 09:08

    Drogi Żurawiu, przyznaję, że się trochę zaplątałem we własne nogi.
    Nie chodziło mi o to, czy Hitler był „w sercu” d…kratą, czy nie.
    Chodzi mi o to, że na fali d…kracji takie szumowiny mają większe szanse wypłynięcia.
    (Oczywiście Reagan jest antytezą – bez d…kracji nie byłoby Go w polityce).
    Moje wcięcie w Wasz jedno- czy dwumandatowy spór miało na celu zwrócenie uwagi, że przypomina rozmowę dwóch pacjentów hospicjum, na jaką formę raka lepiej umrzeć.
    Twierdzę, że państwo powinno być zorganizowane tak, jak są organizowne inne „twory” do realizowania człowieczych celów – ani pasażerowie statku, ani pracownicy koncernu nie decydują o tym, kto dowodzi. I tak długo, jak długo pasażerowie (pracownicy) są bezpieczni i syci, a kapitan, czy prezes nie próbują realizować im więcej przyjemności niż statutowe, nie powinni mieć „ambicji” wyborczych. Wystarczą potencjalne taczki w jednym, a „reje” w drugim przypadku.

  36. mol
    31 marca 2008 o 09:21

    RO oznajmia związek miedzy demokracją a zwiększonym w jej warunkach ryzykiem wypłynięcia szumowin.
    Silna tu pokusa, by pójść krok dalej, bo tam czycha zabawny wniosek, że eliminowanie zwolenników demokracji byłoby chwalebnym wkładem w zwalczanie nazizmu, którego jedną, acz nieostatnią emanacją, był pan Hitler.
    Jeśli demokracja rodzi potwory, to przecież najpierw potwory te rodzone są przez kobiety. Ergo: ochrona cywilizacji przed zgubnymi ideologiami powinna dopuszczać aborcję. Byłoby to zaiste spełnienie postulatów zawartych w „Traktacie o dobrej robocie”? 🙂

  37. ro
    31 marca 2008 o 09:26

    Drogi Molu!
    Nie porównuj proszę UO z Sorboną, bo obrażasz moich znajomych, którzy kończyli (jeszcze WSP) i tych którzy tam dzisiaj pracują. Choć Twój kamienny przykład świadczy, że sorbońskie wiatry docierały i na Oleską…
    Tak! Powtarzam to i będę powtarzał do znudzenia. Łapska władzy precz od gospodarki i obywateli. Pod warunkiem, że jeden neandertalczyk nie realaksuje się odgryzaniem palców drugiemu neandertalczykowi i dostarcza odpowiednią ilość drewna na Święty Ogień i maczugi.

  38. ro
    31 marca 2008 o 09:37

    Dobra, dobra!
    Wspóczesny polski Wolter też to do znudzenia powtarzał.
    A teraz pokazuje, co miał na myśli.
    „Wy coście odmienni, na mnie nie wyłaźcie,
    Bo imię moje Dwieście i dwanaście”.
    🙂
    A co do aneksów…
    Nie ten jest aneksodawcą, któren pokazuje, co jego zdaniem Autor miał na myśli, ale ten, kto dopisuje do oryginału słowo „ale”.

  39. mol
    31 marca 2008 o 09:39

    Też jestem za tym, by komety trzymały się z dala od Ziemi, osobliwie od moich poziomek. Mam jednak przeczucie, że one nie są skore wysłuchać moich apeli, dlatego owszem, bez przyjemności, a nawet z pewną podejrzliwością, odpalam (przymusowo – cóż za okropność!) jakąś działkę tym zbójom od fiskusa, by oni z kolei (po odgryzieniu swojego kawałka) przelali je skabowi, a ten (ujadłszy) skapnął jakimś fizykom, by ci z kolei wymyśłili dużą strzelbę, a wojskowi (owszem – z moich podatków) odpalili ładunek w bydlę z ogonem, jeśli znajdzie się na kolizyjnej z moimi poziomkami. Sam jej z procy nie ustrzelę, a tylko rozśmieszę.
    RO – obiecuje poczęstować Cię nimi 🙂 Są debeściarskie!
    Cóż Cię tak zeźliło z tą Sorboną? Odsetek komuchów tam większy niż u nas?

  40. ro
    31 marca 2008 o 11:10

    Pół biedy, że są.
    Gorzej, że swoją chorobą zarażają innych, a zdrowe tkanki usuwają.
    I na dodatek uważają swoją chorobę za zaszczyt.

  41. koleś
    31 marca 2008 o 13:04

    Parę luźniejszych myśli:
    1.Wydaje mi się, że europejski organizm świetnie się nadaje jako nosiciel komunistycznego wirusa. Pożywką jest hermetyzm środowisk,ot powiedzmy rodowych (błękitna krew), zawodowych (np. prawnicy) czy finansowych (zasiedziałych czy nowobogackich) i poczucie bycia nikim u pozostałych. Hermetyczne środowiska wbrew pozorom świetnie dają się politycznie infiltrować (zarażać, korumpować, jak zwał, tak zwał).
    2.Brak widoków na awans mnóstwo młodych ludzi = rewolucja. Młodych ludzi można ująć dzięki wojnie, ale nie zawsze skutecznie. Bo mogą pozabijać tych, którzy ich wysłali (np. carat). Więc może lepiej wysłać ich do… Anglii lub Irlandii? Hm…
    3. Etos pracy typu „pradziad górnik, dziad górnik, ociec górnik i jo tyz górnik” na większą skalę się nie sprawdza. „Ja tam górnik nie bede, ja bede sekretorz.” Albo milioner z partyjnego uwłaszczenia…
    4. Kiedy widzę strzeżone osiedla, to wiem, że prędzej czy później ktoś będzie je szturmować. Po jednej stronie murów strach i pogarda, po drugiej stronie zawiść i wściekłość. Po co zwalczać patologię, mur jest tańszy, dopóki ktoś nie powie „atakowywuj!” Chyba, że pozwoli mu się i da szansę wybudować obok. Jesteśmy między „Niech się mury pną do góry” z Epoki Traktorów a „mury rosną, rosną, rosną i…” Kaczmarskiego…

  42. mol
    31 marca 2008 o 15:14

    Oby z tym komunizmem nie było jak z samosprawdzającą się przepowiednią! Tak się go boimy, tak lekamy, tak wypatrujemy, czy aby się nie zalągł, aż w końcu komuś nerwy puszczą i w pierwiosnku dostrzeże ową bestię 🙂
    Dlaczego MŁODZI ludzie mają awansować? Na tej samej zasadzie, jak dzieci robotników i chłopów miały w PRL studiować? Hoho! 🙂 Dostrzegłem zarazek komuny! Bij kto w wolny rynek wierzy! 🙂

  43. mol
    31 marca 2008 o 15:19

    Zawsze mnie intrygowało pojęcie etosu pracy. Bo na czym ono polega? Na tym, żeby się nie spóźniać? Od kontrolowania tego jest cieć. Żeby nie partaczyć roboty? No przecież jest kontrola jakości. Żeby wykonywać obowiązki? No przecież od kontroli jest przełożony. Czego mógł sie nauczyć bajtel, który tylko widział wieczorami wracającego z roboty w kopalni ojca? Żeby nakręcać zegarek przed pójściem spać? Ale teraz są na bateryjki… Żeby w sobotę piwa się napić z kolegami i śpiewać o Karolince i Gogolinie?
    Naturalną wręcz wmontowaną w ludzką istote jest skłonność do lenistwa, osiągania maksymalnych kosztów przy minimalnym zaangażowaniu swych sił fizycznych i umysłowych. Dlatego mamy fabryki kurczaków, zamiast ganiać za każdym zwierzem w toporem po podwórku. Zatem nawet pracowitość graniczącą z ADHD jest jako coś nienormalnego wykluczona z pojęcia etosu.
    Więc wie ktoś, co to ten etos, o którym wciąż słyszę?

  44. koleś
    31 marca 2008 o 16:31

    Ja tam nie wiem, dlaczego młodzi mieliby awansować, ale wiem, że tego chcą. Widzieć coś przed sobą, co od biedy można nazwać „ścieżką kariery”, a nie gości, którzy tylko dlatego są wyżej, że mają pozamerytoryczne poparcie. Pewnie, że nie chodzi mi o ludzi, którzy jąkając się chcieliby zostać radiowymi dziennikarzami. Nie chodzi mi o takich, jak ów zając, który opijał obronę pracy magisterskiej pt. „Zając – zwierzę bojowe” tak hucznie, że wilk się wnerwił i sprał mu mordkę. Zając z płaczem uciekł, wrócił jednak z niedźwiedziem, który wilka stłukł na kwaśne jabłko a potem powiedział: „Ty, wilk, zapamiętaj raz na jutro, że nie jest ważny tytuł pracy, ale promotor”. A kiedy już wiem, czego nie chcę, to czas napisać, czego chcę! Wolnego rynku, molu! Wolnego rynku a nie rządów cechów – cechu adwokatów, cechu aktorów, profesorów, cechu Rodzin Gminnych i Powiatowych, tudzież Cechu Dziennikarzy TV, itd., tralala tralali. U nas Bill Gates nie zacznie się od garażu, bo na garaż trzeba mieć pozwolenie, bo nie ma promotora, bo skoro gada, że ma widoki na WINDOWS, to mu trzeba lornetki albo firanek przepisowych…

  45. koleś
    31 marca 2008 o 16:42

    Co do etosu pracy? Hm, chyba coś walnąłem jak łysy o beton. Nieszczęśliwy zwrot, pusty jak ta część mojego mózgu odpowiedzialna za jego użycie! Myślę, myślę, myślę… Powinienem napisać, że próba wmawiania ludziom ciężko pracującym, że to ich taka dola, że to takie fajne, jest wielkim oszustwem. A napisałem „etos pracy”! No i wyszło jak owa zapowiedź z Monty Pythona, który powiedział „po polsku”: Guten Morgen!, tylko… on był zabawny.

  46. ro
    31 marca 2008 o 17:21

    Chyba się niepotrzebnie, Koleś, sumitujesz.
    Ethos pracy?
    Jest coś takiego!
    Na przykład: „Znaczy kapitan”.
    Tyle etosu, co tam opisano – wystarczy.
    I myślę, że to nie jest „hstorical fiction”, bo z otoczenia znam podobne przykłady.

  47. mol
    31 marca 2008 o 17:56

    A ja upierdliwym ścigając Cię lotem powiem, że wcale nie jestem pewny czy młodzi chcą awansować. Nie ma chętnych do bycia dziennikarzami NTO. Oczywiście takimi dziennikarzami, którzy piszą, a wczęśniej nawet i myślą oraz wiedzą czemu i co chcą powiedzieć. Kłopot w tym, że młodzi ludzie wolą mamleć „no future” zamiast myśleć, pisać, narażać się na odrzucanie tekstu, przypuszanie do poprawek, pisania od nowa, wracać oknem po wyleceniu drzwiami.
    Wiesz co Koleś? 🙂 (fajnie to brzmi, jak zaczepka na ulicy 🙂 – mam czasem wrażenie, że moje pokolenie i ja więcej mamy w sobie speeda, kopa niż ci obecnie młodzi.
    Staruchy rządzą! 🙂

  48. koleś
    31 marca 2008 o 20:07

    Dziennikarz – zwierzę bojowe!
    Młodzi, słusznie albo i nie, widzą, że dziennikarze są narzędziami w rękach promotorów. Wiem, że nie jest to sprawiedliwa ocena, ale nic na to nie poradzę. Tak myślą. Przynajmniej niektórzy (a reszty nie znam, he he)
    Mogą tego świata nie rozumieć w jego złożoności, ale złożoność tę przeczuwają.
    Mój kolega, ilekroć zbliżaliśmy się do jego rodzinnego miasta i on włączał już lokalne radio, zawsze powtarzał: „Patrz, co za skurczybyki, podają, że Hansowi skradli rower z piwnicy, a że ja przyjechałem, to ani dudu!” Zaznaczę, że był zwykłym obywatelem tego niemieckiego miasteczka a nie jakimś VIP-em. Ale w tym był głębszy sens: włączam radio, TV czy czytam prasę i głębszych różnic trudno mi się doszukać poza tym, że jedni lubią PiS a inni bardziej PO, jedni (jedyni) są za o.Rydzykiem a inni (99%) przeciw. Coś się nie zgadza!
    Po prostu, drogi molu, świat mediów jest inny niż ten spoza nich, który widzimy – rower Hansowi ukradziono z piwnicy a facet, który stale wraca do swojej żony i dzieci jest w oczach mediów nudny!
    Młodemu człowiekowi nie wytłumaczy się tak łatwo, że o tym gościu ma napisać źle a o tamtym dobrze, kiedy jemu wydaje się akurat odwrotnie albo w ogóle nic się jeszcze nie wydaje. Pytanie: czy tłumaczy się w tak prosty sposób politykę redakcji czy też aspirant sam powinien dojść do właściwych wniosków?
    On tymczasem chciałby tak napisać od siebie… No dobra, niech pisze… I, o Jezu (to o Jezu!, jest oczywiście udawane, redakcja ma prawników, tak źle znowu nie jest, ale niech się aspirant podenerwuje), ale burza, wójt się obraził, pan Kazik z warsztatu wyzywa, Prezydent mruknął, że „on ich wszystkich…” a jakaś pani rozpoznała się na fotografii, ale uznała, że ją pogrubiono… ale się narobiło, dwa procesy na karku i trzydzieści wściekłych telefonów… Dobra, prawnicy to załatwią, ale niech się aspirant pomartwi! Ubaw po pachy. Dojrzeje.
    A wszystko to w imię czego?
    Jak to mawiał Bursa:
    „mam w dupie małe miasteczka,
    mam w dupie małe miasteczka,
    mam w dupie małe miasteczka”
    A propos Bursy – Opole to to miasto, gdzie na pytanie o Bursę pracownik księgarni na Rynku wiedział o kogo chodzi.
    A młodzi dla NTO? Hm, wybacz przewrotne, ale żadną miarą złośliwe pytanie, pytanie: A czym Wy ich zniechęcacie? W Opolu wśród młodych (prawo wielkiej liczby) jest szansa na jednego, góra dwóch świetnych dziennikarzy. Znajdźcie ich. Sami nie przyjdą. Prawdziwi Dziennikarze nie chodzą po prośbie!
    Staruchem się nie czuję, ale kiedy jaki młody, patrząc na mnie z podziwem, pyta, czy to prawda, że ja tak wszystko mam w głowie, odpowiadam: Nie, w dupie!

  49. mol
    31 marca 2008 o 23:23

    Miałbym szukać młodych dziennikarzy? Dlaczego? Może oni powinni poszukać mnie? Albo odwrotnie: omijać mnie szerokim łukiem, by nie nie przesiąknąć moimi wadami i je powielić?
    Kłopot z młodymi dziennikarzami polega na tym, że im się wydaje, że dziennikarstwo to umiejętność pisania. Ideałem dziennikarza jest dla nich ktoś, kto potrafi zgrabnie opisac stado świń, zebranie partyjne, słup ogłoszeniowy, obłoki, albo streścic czyjś wykład. Dokładają wiec starań, by żadnego zdania nie zacząc od „więc”, kontrolują przydawki, unikają przymiotników, zgłębiają tony dzieł wybitnych medioznawców i piszą ładnie, zgrabnie, ortograficznie etc. Mają tylko jeden kłopot: z odpowiedzia na pytanie, po co pisza? Jak się czasem spotykam z jakąś grupa młodych ludzi, którzy chcą być dziennikarzami, to ciągle ich rozczarowuję, bowiem tłumaczę, że nie ma recepty na pisanie prócz jednej: czytania i gadania. A pisac nie można się nauczyć inaczej jak tylko skompilowac na własny użytek kilka pasujących do temperamentu stylów. No i jeszcze, że trzeba być dośc bezczelnym, by nie bac się pustej kartki papieru, pisania na czas, na tempa, czasem w niezwykłych warunkach. I nie bać się błędów, choć zawsze za nie przepraszac. Pamiętam, że najbardziej skandaliczny tekst napisaliśmy dla NTO wspólnie ze Zbyszkiem Górniakiem. Wskrzeszona Solidarność cięła jednego dyrektora za komuchowatośc. Zbyszek siedział na sali, na gorącym zebraniu, ja przy teleksie pietro niżej. Zbyszek kursował między sala a mną i opowiadał, co tam się dzieje, a ja to pisałem na teleksie. Relację z relacji 🙂 Uparliśmy się, bo chcieliśmy być szybcy. Dać informacje gorącą – newsa! A daliśmy dupy. Ten dyrektor o kilka głów przerastał rozjazgotane baby z załogi,a w naszym tekście wyszedł na drania. Oczywiście nikt nam nie wierzył w to, że nie mieliśmy wytycznych, określonej linii itp. Odszczekiwaliśmy się zrazu tłumacząc: to nie redakcja i jej mroczne cele! To my jesteśmy dupy wołowe! Ale nikt nam nie dawał wiary. Lud wiedział swoje i basta.
    Pojechaliśmy do tego faceta potem i powiedzieliśmy, że jak chce, to może nam natrzaskac po ryjach. Nie natrzaskał. Napiliśmy się 🙂
    Zgadzam się, że media teraz coraz bardziej zaczynaja żyć własnym życiem. Przy czym nie kreują rzeczywistości wedle jakichś tajemnych planów, lecz raczej karmią się sobą nawzajem. Uznasz temat za duperalny? Weźmie go konkurencja. Nie „podkręcisz tematu” – zrobią to rywale, a ty wyjdziesz na kogoś, kto nie umie zainteresowac czytelników. Nie czyjesz rynku facet – usłyszysz.
    Łeeeee – zapomniałem o co mi chodziło na początku 🙂 Ale to też reguła: jak się ma w głowie za dużo materiału – źle, bo rodzi się mętlik. najlepsze teksty pisze się wtedy, gdy materiał masz zanotowany na serwetce z baru. Jakże wtedy słowa płyną swawolnie, jak dygresje smakują, wątki poboczne 🙂
    Wyplątując się z własnych nóg powiem tak: ostatni młody człowiek, który przyszedł zapytać, czy mógłby pisać (dziwne pytanie skądinąd) odparł, że tematyka, którą mógłby uprawiac jest mu w zasadzie obojętna: – Mógłbym pisac tez o kormoranach – zapewnił.
    Nie wiem, co dziś ten człowiek robi, ale wiem na pewno, że nigdy nie chciałbym przeczytać żadnego jego tekstu 🙂

  50. ro
    1 kwietnia 2008 o 08:22

    No to tym razem barmanowi postawić drinka należy!

  51. koleś
    1 kwietnia 2008 o 08:52

    Jasne, że tak! Należy się. 🙂

  52. mol
    1 kwietnia 2008 o 09:06

    Drink z rana jak śmietana 🙂
    A jutro będe się kajał drukiem właśnie za błąd. Bo wyrzuciłem z zebrania nie te kobietę. Albo źle usłyszałem przez telefon, albo mój informator sie pomylił – i tak nikt nie uwierzy, że nie chciałem zrobić krzywdy PiSowi 🙂 (Przynajmniej nie tym razem 🙂

  53. Żuraw
    1 kwietnia 2008 o 10:56

    Ja nie uwierzę że nie chciałeś. Uwierzę że nie zrobiłeś, uwierzę że zrobiłeś nieświadomie, ale nie uwierzę że nie chciałeś.
    Dotyczy też wielu innych partii zasiadających w sejmie na przestrzeni ostatnich 10 lat, a może i dłużej (-;

    /hahaha, kod do napisania to PEN GUN (bez spacji)/

  54. Grenadier
    1 kwietnia 2008 o 10:58

    🙂
    Gdy mnie pytał o studia młody narybek, jak jeszcze byłem pismakiem, to odpowiadałem, że dziennikarzem się jest albo nie jest i żadne studia tego nie zmienią. I zawsze odradzałem im studia dziennikarskie – pomyślcie – mówiłem – czy dobry dziennikarz ma czas siedzieć na uczelni? 😛

  55. mol
    1 kwietnia 2008 o 11:20

    A właśnie, że nie chciałem! 🙂 I pojdę do pani poseł z kwiatami i będe ją przepraszał. Całe szczęście, że to nie poseł-samiec 🙂

  1. 12 września 2018 o 16:45

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: