Ogień był bandytą

24 października 2013 Dodaj komentarz

Leszek Konarski

Górale z Nowego Targu cieszą się, że Instytut Pamięci Narodowej wreszcie ma konkurencję i dzięki temu ludzie dowiedzą się prawdy o działalności oddziału partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia” w latach 1945-1947 na Podhalu, Orawie i Spiszu. Gdy 10 lat temu krakowski oddział IPN zwrócił się do świadków tamtych wydarzeń, chętnie przekazywali swoje relacje i opisywali, jak byli przez „Ognia” nękani, zastraszani, grabieni, ilu niewinnych ludzi zamordowano. Efekt ich szczerych relacji był taki, że 13 sierpnia 2006 r. zostali zaproszeni do Zakopanego na uroczystość odsłonięcia przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego pomnika „Ognia” i jego poległych podkomendnych. Żaden z zabierających głos przedstawicieli IPN ani major WP, który w czasie apelu poległych odczytał ponad 90 nazwisk „ogniowców”, nie wspomnieli o kilkukrotnie większej liczbie ludzi, którzy przez „Ognia” stracili życie. Nawet w trakcie mszy z udziałem prezydenta, poprzedzającej uroczystość, nikt się za nich nie pomodlił. Czytaj dalej…

Reklamy

Trzy głosy o związkach zawodowych

28 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

PLATFORMA IDZIE NA WOJNĘ ZE ZWIĄZKAMI ZAWODOWYMI

28/08/2013

1. Do niedawna jeszcze spory rządu ze związkami zawodowymi, toczyły się na Komisji Trójstronnej w poprzedniej kadencji kierowanej przez wicepremiera Pawlaka w obecnej przez ministra pracy Kosiniaka-Kamysza.

Rząd Tuska jest pierwszym w ostatnim dwudziestoleciu, któremu udało się wręcz zjednoczyć wszystkie trzy ogólnopolskie centrale związkowe zasiadające w Komisji Trójstronnej, w proteście przeciwko swojej polityce (choć reprezentują one „różne światy” tak jak Solidarność i OPZZ). Ta sytuacja jest tak nadzwyczajna, że często w publicystyce politycznej, jest ona określana jako jedyny cud Donalda Tuska.

To zjednoczenie ostatnio osiągnęło taki poziom, że ich przewodniczący zdecydowali niedawno o nie uczestniczeniu już w posiedzeniach Komisji Trójstronnej i jednocześnie ogłosili w dniach 11-14 września ogólnopolski protest związków zawodowych w Warszawie.

2. Zaczęło się od świadomego konfliktu z szefem związku zawodowego Solidarność Piotrem Dudą, który premier Tusk wywołał przy okazji fundamentalnej dla związkowców debaty o podwyższeniu wieku emerytalnego.

W debacie nad wnioskiem o referendum w sprawie wieku emerytalnego, pod którym Solidarność zebrała blisko 1 milion podpisów, do Sejmu wpuszczony został tylko przewodniczący Solidarności Piotr Duda, a związkowcy którzy prosili o wejście na sejmową galerię takiej zgody od marszałek Kopacz nie uzyskali (choć na galerię mają wstęp wszystkie wycieczki, które trafiają do Sejmu).

Co więcej wypowiadający się podczas tej debaty premier Tusk nazwał przewodniczącego Dudę pętakiem, licząc chyba na to, że zebrani przed Sejmem związkowcy zareagują nerwowo i być może dojdzie do zamieszek ulicznych ale Duda telefonicznie z sali sejmowej ich uspokoił.

3. Kolejnym świadomym starciem ze związkami zawodowymi był rządowy projekt zmiany kodeksu pracy i wprowadzenie tzw. ruchomego czasu pracy i wydłużeniu okresów rozliczeniowych czasu pracy.

Rząd przyjął projekt tej ustawy i nie skierował jej do omówienia na Komisji Trójstronnej ale bezpośrednio do Sejmu, gdzie większość parlamentarna Platformy i PSL-u rozpoczęła błyskawiczne jej procedowanie.

Co więcej klub Platformy złożył własny projekt zmian kodeksu pracy, który szedł zdecydowanie dalej w ograniczaniu praw pracowniczych niż ten rządowy.

Posłowie Platformy zaproponowali wprowadzenie nowej definicji doby pracowniczej, wydłużenie okresów rozliczeniowych czasu pracy do 12 miesięcy, wprowadzenia przerywanego czasu pracy, obniżenia i to znacznie stawek za pracę w godzinach nadliczbowych (odpowiednio ze 100% do 80% i z 50% do 30%) i określonego rekompensowania pracy w dzień wolny, wszystko to jednak jednostronną decyzją pracodawcy jeżeli tylko stwierdzi pogorszenie warunków gospodarowania (a więc w zasadzie na każde żądanie pracodawcy).

Ostatecznie przyjęty został projekt rządowy, którego konsekwencjami będzie pozbawienie pracowników możliwości pracy w nadgodzinach co według związków zawodowych oznacza w skali roku pozbawienie pracowników około 8 mld zł dodatkowych wynagrodzeń, a ponadto w wielu przypadkach oznacza rujnowanie pracownikom życia rodzinnego.

4. We wczorajszej Rzeczpospolitej ukazał się wywiad z posłem Platformy Michałem Jarosem, przewodniczącym parlamentarnego zespołu ds. wolnego rynku, który nie zostawia złudzeń.

Platforma jak się wydaje świadomie idzie na wojnę ze związkami zawodowymi i w tym celu zespół posła Jarosa przygotował projekt ustawy, który bardzo mocno uderza w prawa związkowe.

Posłowie Platformy chcą zmianami w ustawie o związkach zawodowych doprowadzić do likwidacji tzw. etatów związkowych w przedsiębiorstwach, chcą pozbawić związki prawa do pomieszczeń na terenie zakładu pracy i wreszcie zabronić pracodawcy pobierania składek związkowych i odprowadzania ich na rachunki związków zawodowych.

Platformie, co widać już gołym okiem kompletnie nie wychodzi rządzenie krajem, potrzebne są więc konflikty zastępcze, nawet takie toczone na ulicach, bowiem wtedy może się przedstawiać opinii publicznej jako jedyna siła polityczna, która gwarantuje stabilizację nawet jeżeli do jej utrzymania miałaby użyć policji, a być może i wojska.

Do realizacji tej koncepcji premier Tusk powołał na szefa ministerstwa spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza, który im częściej wypowiada się publicznie, tym bardziej odsłania prawdziwe zamiary tej ekipy rządzącej w jej fazie schyłkowej.

Zbigniew Kuźmiuk

Poseł PiS

***

ZWIĄZKI ZAWODOWE TO PATOLOGIA!

Nic tak nie niszczy rozwijającej się gospodarki jak związki zawodowe. Metody ich działania degenerują społeczeństwo i zwiększają liczbę bezrobotnych. To patologia, z którą trzeba zakończyć.

Związki zawodowe – słysząc te hasło prawie każdemu Polakowi staje przed oczami „Solidarność”, która była w opozycji do skostniałego establishmentu PRL. Jednak prawda o związkach jest zupełnie inna. Są one jednym z najbardziej szkodliwych wrogów gospodarki państwa i rynku pracy. Działają niczym mafia w białych rękawiczkach a prawo uniemożliwia wyrzucenie z pracy ich członków.

Dyskusja o likwidacji lub ograniczenia praw związków zawodowych toczy się nieprzerwanie od ich powstania w XIX wieku. Dziś są już tylko żywym reliktem przeszłości, który niszczy rozwój ekonomiczny i społeczny państw, w których działają. Wśród największych patologii, które się z nimi wiążą można wymienić takie jak walka o wyższe świadczenia socjalne doprowadzające firmy do bankructwa lub znaczącej redukcji zatrudnienia.

Wysokie świadczenia socjalne prowadzą do demotywowania pracowników, którzy otrzymują coraz więcej za ten sam lub mniejszy wysiłek. Dodatkowo pracodawcy muszą zapewnić pomoc socjalną dla wszystkich – nawet tych na najniższym szczeblu, co prowadzi do redukcji zatrudnienia. Nikt nie zatrudni np. człowieka do sprzątania za kilkukrotnie wyższą pensję niż jest warta wykonywana przez niego praca i otoczy go dodatkowo opieką socjalną.

Powoduje to scedowanie obowiązków na innych pracowników. Pracodawcy mają też ograniczone pole manewru przez płacę minimalną, która oprócz redukcji zatrudnienia prowadzi do obniżenia zarobków pracowników na średnim i niższym szczeblu. Im wyższa płaca minimalna, tym większe bezrobocie, gdyż pracodawców nie stać na zatrudnienie osób potrzebnych do prac tak zwanego „najniższego rzędu” – sprzątaczek, pokojówek, dozorców etc.

Związkowcy na przestrzeni lat opanowali wiele sektorów gospodarki oraz zainfekowali szereg kluczowych przedsiębiorstw państwowych. Są w stanie sterroryzować całe państwo strajkami, ponieważ zgodnie z prawem nie mogą być zwolnieni z pracy (nie licząc kilku bardzo rzadkich sytuacji). Utrzymywanie związkowców i ich biur to także kolosalne sumy pieniędzy z kieszeni podatników.

Jeśli oburzały nas miliony wydawane z budżetu na partie polityczne, to jak można określić wydatki na związkowców? KGHM – 10 milionów złotych rocznie, JSW – 12 milionów rocznie, Kompania Węglowa – 30 milionów. To tylko kilka przykładów. W żadnym z wymienionych przedsiębiorstw nie ma szans na wydalenie z pracy związkowców. Są oni nietykalni.

Niedawne bankructwo Detroit to nic innego jak właśnie wynik działania związków zawodowych. Koszty produkcji a tym samym ceny był znacznie wyższe niż u konkurencji, co doprowadziło do upadku przedsiębiorstw. Płace minimalne, opieka socjalna i nietykalność związkowców – to trzy największe choroby niszczące wolny rynek i gospodarkę.

Już dzisiaj wiadomo, że „Solidarność” Piotra Dudy planuje przeprowadzić na jesieni masowe demonstracje. Za wyrządzone w tym czasie straty zapłacimy wyższymi rachunkami i cenami w sklepach. Spora grupa młodych Polaków, która desperacko szuka nawet najmniej prestiżowej i słabo płatnej pracy nie jest w stanie legalnie pracować, gdyż koszty związane z zatrudnieniem z góry skazują ich na bezrobocie.

Rząd powinien jak najszybciej ograniczyć lub całkowicie zlikwidować wszystkie przywileje związkowców. Jeśli zagrożą odejściem z pracy, na ich miejsce czeka spora liczba chętnych, gotowych do podjęcia się jej nawet za niższą pensję. Natomiast redukcja płacy minimalnej pozwoli na zwiększenie zatrudnienia oraz tańsze koszty produkcji a co za tym idzie niższe ceny dóbr i wyższy popyt.

Grzegorz Jakubowski

http://grzegorzjakubowski.natemat.pl/69545,zwiazki-zawodowe-to-patologia

ZWIĄZKI ZAWODOWE KOSZTUJĄ KROCIE. SĄ POTRZEBNE?

Na zapowiedź wrześniowego strajku generalnego Platforma Obywatelska odpowie raportem ujawniającym ogromne koszty funkcjonowania związków zawodowych – dowiedziała się „Gazeta”. Gdy społeczeństwo się oburzy, można będzie odmrozić ustawę ograniczającą przywileje działaczy

Dziś związki zawodowe kojarzone są z:

* branżami, których protest może sparaliżować kraj (kolej);

* monopolistami na rynku (spółki energetyczne);

* dużymi firmami z udziałem skarbu państwa (KGHM, kopalnie, Poczta Polska).

Z raportu dowiemy się, jaka jest siła – i koszt utrzymania – związków w mniejszych państwowych zakładach czy instytucjach, m.in. na uczelniach wyższych, w szkołach i wszelkich agencjach rządowych. Nad raportem pracuje Michał Jaros, poseł PO z Parlamentarnego Zespołu ds. Wolnego Rynku skupiającego ok. 50 posłów, głównie z Platformy.

W tym tygodniu wyśle do ministerstw pytania. Na przykład ministra rolnictwa Stanisława Kalembę spyta, ilu etatowych związkowców jest zatrudnionych w agencjach – Nieruchomości Rolnych, Rynku Rolnego oraz Restrukturyzacji i Modernizacji, a także „w innych jednostkach organizacyjnych nadzorowanych lub podległych resortowi”. I ile to kosztuje.

43 związkowców w KGHM. Koszt: 10 mln zł rocznie

Parlamentarny zespół wolnorynkowców od dawna nagłaśnia związkowe patologie (np. pracodawca musi zapewnić związkowcom biura i zbiera dla nich składki). Posłowie przyszykowali projekt ustawy, która miałaby to zmienić. Związkowcy mieliby się utrzymywać tylko ze składek członków.

W Jastrzębskiej Spółce Węglowej (JSW) etatowych związkowców jest 75, a w miedziowej spółce KGHM – 43. Żadnego z nich nie można zwolnić. Na utrzymanie związków KGHM płaci ponad 10 mln zł rocznie; Kompania Węglowa – niemal 30 mln; JSW – prawie 12 mln. Pieniądze idą głównie na wynagrodzenia; pensja działacza to średnia z ostatnich trzech miesięcy przed podjęciem pracy w związku.

Jest pomieszczenie na trumnę

W Poczcie Polskiej (90 etatowych działaczy) niektórzy związkowcy mają lepsze biura niż zarząd, a nawet specjalne pomieszczenie, gdzie trzymają trumnę używaną na manifestacjach (symbolizuje śmierć Poczty). Gdy niedawno wprowadzono tam obowiązek podpisywania przez związkowców list obecności (kiedy przychodzą i wychodzą z pracy), potraktowali to jak zamach na związki zawodowe.

– Pozostając na utrzymaniu członków, związki będą lepiej działać na rzecz ludzi – przekonuje poseł Jaros. Związkowcy odpierają: to odwet za zapowiedź strajku generalnego. „Solidarność”, OPZZ i Forum Związków Zawodowych mają uderzyć 11 września. Żądają odwołania ministra pracy i wycofania przez rząd pomysłu wprowadzenia zmian w przepisach kodeksu pracy (m.in. elastycznego czasu pracy).

– Związki trochę mocniej upomniały się o prawa pracownicze i oto rządowa zemsta – mówi Andrzej Radzikowski z OPZZ.

Związki trzymają się mocno

Na razie władze PO trzymają projekt ustawy związkowej w zamrażarce, ale można go stamtąd szybko wyjąć, jeśli opinia publiczna stanie po stronie rządu. A to niewykluczone, jeśli wziąć pod uwagę absurdy związkokracji.

Prezes Poczty Polskiej Jerzy Jóźkowiak chciałby np. zmienić zasady wynagradzania listonoszy, tak by pracowici zarabiali więcej. Nie może. Zgodnie z przepisami na każdy ruch w płacach musi się zgodzić 46 działających w firmie związków. Te duże są za zmianami, ale kilka małych stosuje liberum veto.

Już pięć lat temu związkowcy i pracodawcy zgodzili się, aby negocjacje z zarządami firm prowadziły tylko związki zrzeszające np. 14-20 proc. załogi (propozycja „Solidarności”). Nic z tego nie wyszło. Związkowcy oskarżają, że to wina rządu, który nie przygotował ustawy. A rząd wini związki, które się upolityczniły i trudno z nimi merytorycznie rozmawiać.

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński  22.07.2013 Gazeta Wyborcza

Raz gromi PiS, raz prowadzi Platforma

16 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

Dwa sondaże, dwa zupełnie inne wyniki, a wszystko w odstępie zaledwie kilkunastu godzin.

Według badania przeprowadzonego przez Homo Homini PiS zwiększa przewagę nad PO i ma już 8 punktów procentowych przewagi. Tymczasem z sondażu CBOSu wynika, że jest inaczej. Partia Donalda Tuska odrobiła stratę i wyprzedza ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego 25 do 24%… Komu wierzyć? Jak się w tym wszystkim połapać? Po co komu takie sondaże? Na nasze pytania odpowiada profesor Henryk Domański, socjolog z Polskiej Akademii Nauk

– Panie profesorze, co ma sobie myśleć zwykły człowiek, który nie zna się na metodach przeprowadzania badań, gdy widzi dwa tak różne sondaże? Jak ma je interpretować?

– Sondaże nie są spójne przede wszystkim dlatego, że robią je różne ośrodki. Wyniki są wypadkową wielu rzeczy, przede wszystkim zależą oczywiście od poglądów ludzi. Są również obciążone błędem – błąd jest stałym elementem każdego pomiaru. Jednak tu chodzi, w moim przekonaniu, głównie o tak zwany „efekt sponsora”, czyli o to jaki ośrodek robi dane badanie. W tym konkretnym przypadku jest tak, że ten przeciętny obywatel, o którym Pan mówi, mógłby się nauczyć, że Homo Homini systematycznie, od samego początku, zawyża wyniki Prawa i Sprawiedliwości. Widocznie pytania są zadawane w taki sposób, bo innego wyjaśnienia nie widzę, że skłaniają respondentów do dawania wyższych not, wyższych ocen właśnie PiS-owi.

– Innym wyjaśnieniem, ale nie podejrzewam o to Homo Homini, byłoby robienie sondaży na jakiejś specyficznej próbie, próbie która nie jest reprezentatywna, próbie, w której jest nadreprezentacja zwolenników PiS-u. To też jest możliwe. Problem w tym, że Homo Homini nigdy nie poddało się audytowi. Robiliśmy taki audyt po wyborach prezydenckich w 2010 roku i pozostałe firmy też nie ujawniały swojego warsztatu, ale Homo Homini w ogóle się nie stawiło.

– Ale chyba musi być jakiś powód takiego a nie innego przeprowadzania badań? Czemuś to musi służyć?

– Zakładam, że celem wszystkich ośrodków jest to żeby pokazać prawdę. Żeby pokazać jak jest, a nie żeby przekonać do czegoś społeczeństwo. Czyli założenie jest takie, że oni robią wszystko, aby wyniki trafnie pokazywały opinię społeczeństwa. A że wychodzi im inaczej…Tutaj można mieć różne hipotezy, ale to nie jest moja rola żeby oceniać czy oni to robią celowo czy niecelowo.

– Jednak mieliśmy ostatnio spektakularny przykład Przemysława Wiplera, który zamówił sondaż w Homo Homini i wyszło z niego, że jego Republikanie mogą liczyć na poparcie rzędu 19%. Po co partiom politycznym takie sondaże, które nie pokazują prawdy tylko jakąś wykreowaną rzeczywistość?

– To jest zupełnie inna historia! Z oczywistych powodów partie chcą przekonać ludzi, że mają poparcie społeczne. Ludzie czytają w gazetach, że partia Wiplera uzyskuje takie poparcie, a to musi znaczyć, że to jest poważny projekt i warto na niego głosować. Gorsze sondaże oznaczają, że partia jest słaba, a jak jest słaba, to wyborcy są mniej skłonni oddać na nią głos. Wyniki badań opinii publicznej są tylko jednym z elementów procesu politycznego.

– Jaki wpływ mogą mieć wyniki sondaży na decyzje wyborców?

– Są różne kategorie odbiorców sondaży, potencjalnych wyborców. Jedni mają ściśle określone poglądy i, żeby nie wiem ile widzieli złych notowań swojej partii, ich nie zmienią. Drudzy są chwiejni, niezdecydowani, na nich łatwo wpłynąć. Oni kierują się między innymi czynnikiem siły partii politycznej, jej popularności i poparcia społecznego. Tu wchodzi w grę taka kalkulacja – poprę tego, który jest silniejszy, bo silniejszy może mi przynieść większe korzyści. No i cóż, jest też pewnie inna kategoria, która śledzi te wyniki nie po to by śledzić procesy polityczne, ale po to żeby trochę psioczyć na tę rzeczywistość w Polsce, na to, że ktoś próbuje ich oszukać, jest nieuczciwy.

– Mówił Pan o ostatnich sondażach jednak różnice, choć może nie aż tak znaczące, pojawiają się cały czas…

– Tak jak mówiłem, ośrodki zadają różne pytania, stosują różne narzędzia. Nie mówią jednak jakie… Czasem zasłaniają się tym, że kooperują z zagranicznymi partnerami i obowiązuje ich tajemnica. Tymczasem powinni chyba jednak mówić o tym ludziom bo ludzie tego nie wiedzą i po porostu dopatrują się w tym oszustwa, manipulacji. Manipulacji polityków, manipulacji ośrodków i manipulacji trzeciego ośrodka czyli mediów…

http://natemat.pl

Miętoszenie „pisiora”

14 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

Nie pamiętam, kto pierwszy użył zabawnego określenia „moherowe berety”, ale ukłoniłbym się nisko temu, kto równie dowcipnie odwrócił znaczenie tego epitetu, czyniąc z niego firmowy znak rozpoznawczy owej grupy. Ponoć na wielu mityngach z ich udziałem rozdawane są miniaturki moherowych berecików do dumnego noszenia w klapie.
My, jak wiadomo, jesteśmy albo „platfusami” albo „lemingami”. Nasza lemingowatość przejawia się w bezrefleksyjnym klepaniu opinii lansowanych przez główny nurt mediów, „wartości patriotyczne” stawiamy zdecydowanie niżej od „pseudowartości europejskich”, cenimy tylko kasę, pogardzamy ideą dobra wspólnego.
Żałować tylko należy, że nie znaleźli się wśród nas zdolni kreatywni propagandziści, potrafiący zręcznie odwrócić znaczenie tych łatek nam przyczepianych.
Ostatnio aż do znudzenia analizowany jest epitet „pisior”, którym nieopatrznie posłużył się Donald Tusk. Prawica niemal jednym głosem przekonuje że „pisior” to obelga, dowód na krańcową arogancję i grubiaństwo premiera. Oczywiście niezawodny Jarosław Gowin twierdzi, że jest zażenowany.
A po prawdzie było tak, że ktoś z tłumu podrzucił Tuskowi iż człowiek o którym przed chwilą mówił ktoś inny to właśnie „pisior”. „Pisior?” – powtórzył Tusk – po czym skomentował: „Na mój nos on nie będzie długo dyrektorem gabinetu. Na pewno będę musiał usłyszeć bardzo szczegółowe wyjaśnienie i trudno mi sobie wyobrazić, żeby ono było przekonujące”.
No ale jeśli poddać przebieg tego incydentu odpowiedniej obróbce łatwo osiągnąć zamierzony skutek. Wcisnąć ludziom narrację: Oto bezwzględny szef rządu daje dowód pogardy dla ludzi, zarazem dowód na to, że PO traktuje Polskę jak partyjny folwark.
Należy po prostu skorzystać z faktu, że współczesny czytelnik, telewidz, słuchacz zalewany codziennie kaskadą informacji oczekuje i zapamiętuje proste, jasne, krótkie przekazy. Inaczej mówiąc – nie chce mu się sprawdzać, czy krzykliwy tytuł i pogrubiony wstęp rzeczywiście pokrywają się z długaśnym tekstem jaki lansują.
Stąd m.in. popularność audycji typu „Teleekspress” i niechęć do pogłębionej publicystyki uprawianej przez „gadające głowy”.
Byłem na tym spotkaniu. Tusk ze swadą mówił tam o dziesiątkach spraw różnego kalibru, ale wszystkie te wywody poszły w kosmos. Pozostał jedynie „pisior”.
No i nie ma się o co obrażać. Taki jest współczesny świat, innego pod ręką nie mamy. Nie dajmy sobie jednak wmówić, że te wszystkie „mohery, lemingi, ciemnogrody, platfusy i pisiory” świadczą o jakimś zdziczeniu naszych obyczajów. Przed wojną, pisarz Adolf Nowaczyński o członkach BBWR z lubością pisał per „bebesyny”, a o Piłsudskim – „komendiant Piłsudski”, za co bywał bity na ulicach, w końcu stracił oko.
„Pisior” mimo intensywnego międlenia medialnego już prawie zaczął więdnąć, więc któryś z tabloidów by przeciągnąć pieszczoty postanowił zwiększyć siłę bodźców. Dziennikarz podszył się pod kogoś ważnego z centrali PO i od jakiegoś biedaka z prowincji uzyskał zapewnienie, że jeśli przyjedzie do niego któraś z partyjnych szych, to na spotkaniu z ludźmi nie będzie ani jednego „pisiaka”.
No i zabawa trwa. Jutro może zobaczymy osła lecącego balonem, albo kobietę z dwiema głowami mówiącą po aramejsku.
Sezon ogórkowy, proszę państwa.

Niezalezna Gazeta Obywatelska w Opolu poinformowala o wczorajszym wydarzeniu w PO

12 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

„Gowinobus zajechał do Opola dla 5 osób i 3 dziennikarzy! 12/08/2013

Spotkanie z Jarosławem Gowinem w siedzibie PO przy ul. Krakowskiej nie spotkało się z zainteresowaniem działaczy opolskiej Platformy. Spotkanie w gronie 5 osób i 3 dziennikarzy to nie jest wynik zadowalający jak na kandydata na szefa PO. Wśród obecnych nie było znanych działaczy opolskiej PO.

Przypomnijmy, że spotkanie początkowo miało się odbyć 2 sierpnia br. jednak zostało spacyfikowane przez władze regionalne Platformy Obywatelskiej, które pojechały na spotkanie z Donaldem Tuskiem do Warszawy. Dziś wiemy, że z tego spotkania wyciekły taśmy, w których Tusk  zapewniał, że pozbędzie się z MSW człowieka, który wcześniej współpracował z PiS i nazwał go… „pisiorem”.

Przypomnijmy, że zakończyło się głosowanie internetowe na szefa PO. Do 22 sierpnia br. trwa jeszcze korespondencyjne głosowanie członków PO. Minister Gowin opowiedział się m.in. przeciwko zadłużaniu państwa, łataniu dziury w ZUS pieniędzmi z OFE i opowiedział się za wsparciem małych i średnich przedsiębiorstw. Jarosław Gowin jeździ po Polsce wynajętym busem z ze swoim wizerunkiem, rozdaje w centrach miast okolicznościową gazetę oraz  uruchomił specjalną stronę zmienpremiera.pl, w której odwołuje się do niespełnionych deklaracji i słów premiera.”

Odpowiedź jaką opublikowałem na forum NGO:

Mirosław Olszewski  12 sierpnia 2013, 22:27:

Panie Tomaszu. Spotkanie Jarosława Gowina z Opolanami (bo nie tylko z członkami PO) nie było ani „spacyfikowane” ani nawet zamknięte. Nastąpiła kolizja terminów, co szczegółowo wyjaśniłem – mam nadzieję – na wciąż widocznej stronie Facebooka opolskiej PO.

Rzeczywiście, zaskakująco niewielu Opolan zechciało pofatygować się na spotkanie z rywalem Tuska. Może to i szkoda, bo zawszeć lepiej wiedzieć więcej niż mniej na dowolny temat.

Czas i miejsce spotkania było reklamowane odpowiednio wcześniej na oficjalnej stronie opolskiej PO, zgodnie zasadami sztuki i dobrym obyczajem.

Opolanie zagłosowali nogami.

To wolny kraj.

Co ma mówić poseł PiS? Centrala śle instrukcje

9 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

Paweł Wroński  Gazeta Wyborcza

Co polityk partii Jarosława Kaczyńskiego ma powiedzieć, jeśli akurat nie wie, co powiedzieć? Zupełnie przypadkowo trafiły do nas tzw. przekazy dnia.

To instrukcje rozsyłane przez biuro prasowe klubu parlamentarnego PiS do skrzynek mailowych posłów. Czasami zdarza się, że przeciekną do mediów.

Przekaz, który posiadamy – z 7 sierpnia z godziny 10 – wydaje się jednak wyjątkowy. Zazwyczaj zawiera kilka przykładowych odpowiedzi sugerowanych posłom. Tu zaś bite pięć stron z różnymi wariantami. Dotyczą niemal wszystkich zagadnień, od krytyki wniosku o przeprosiny od Naczelnej Rady Adwokackiej złożonego przez mecenasa Rogalskiego, który zdradził PiS, po projekt PiS „Teraz rodzina”, który został zaprezentowany rok temu, ale ponoć ma być przedstawiony na początku roku szkolnego.

Można więc przypuszczać, że z takim zasobem złotych myśli poseł PiS jest dobrze wyposażony na cały polityczny tydzień. Jeśli „przekazy” nie zostaną zmienione, każdy z czytelników, słuchając polityków tej partii, będzie mógł sobie wyrobić opinie, który z nich realizuje linię partii, a który ma dość inwencji, by przekazy zmieniać. A być może w PiS znajdą się posłowie niepokorni i będą mówić coś innego, niźli nakazuje centrala. Nie można wykluczyć, że część z nich po prostu nie jest zdolna do zapamiętania przekazu.

Oto kilka przykładów zagadnień oraz sugerowanych przez biuro prasowe PiS odpowiedzi.

Zakończyło się internetowe głosowanie na szefa PO. Jak powinien skomentować to polityk PiS?

Ma do wyboru odpowiedzi krótkie, ot, rzucane na schodach:

a) nazywanie tego spektaklu w PO wyborami, to kpina;

b) takie wybory, jaka partia;

c) propaganda i nic więcej.

Polityk o zacięciu analitycznym może wgłębić się w temat:

Dla Polski i Polaków nie ma znaczenia, kto wygra wybory w PO, bo nic to nie zmieni w ich sytuacji. Ta formacja już się wyczerpała i nic dobrego dla Polski nie zrobi. Platforma musi odejść”.

Szczyt klimatyczny w Warszawie 11 listopada.

Tu też jest kilka propozycji odpowiedzi. Przytaczamy najciekawszą.

Tusk kłamie, kpiąc sobie, że PiS oskarża go o spisek razem z ONZ ws. wyboru daty szczytu. Nie jest tak, jak mówi Tusk, że datę wybrał ONZ w 2008 roku. Datę szczytu zaproponował rząd i zrobił to w grudniu 2012. Trzeba być albo prowokatorem, albo idiotą, aby wybrać datę szczytu na 11 listopada, kiedy tysiące Polaków chcą świętować„.

Inna proponowana wypowiedź kończy się konkluzją: „Normalny rząd zwróciłby uwagę na to, że tego dnia jest najważniejsze święto państwowe„.

Odpowiedź na ataki Tuska na PiS ws. wypowiedzi o dacie szczytu klimatycznego?

Tu polityk PiS ma być zdecydowany, ale i bezpośredni:

Atak Tuska i jego chamskie uwagi świadczą tylko o tym, że premier już zupełnie traci nerwy: podczas jego rządów zaplanowano szczyt klimatyczny i zrobiono to głupio 11 listopada, w Święto Niepodległości, gdy Polacy chcą tłumnie świętować. Tusk wie, że jego rząd źle zrobił, i miota obelgi„.

Uwaga! Tusk będzie też winien temu, że Polaków będzie mniej. W 2060 r. aż o 8 mln.

Takie dane podaje GUS. Jak powinien to skomentować polityk PiS?:

Polacy chcą mieć dzieci, jednak od sześciu lat rząd Tuska sukcesywnie utrudnia życie polskim rodzinom, zwiększa koszty życia, podnosi podatki, robi wszystko, aby Polacy nie decydowali się na dzieci. To efekt przykręcania śruby najbiedniejszym Polakom„.

Jak wiadomo, Polak po przykręceniu śruby nie będzie się rozmnażał.

Trzylecie prezydentury Komorowskiego?

Też kilka możliwości:

Prezydent lansuje się na dobrotliwego konserwatystę, a w rzeczywistości to lewicowy prezydent będący tylko notariuszem Tuska, który siedzi w pałacu pod żyrandolem i podpisuje to, co mu Tusk przyśle„.

Jest też wersja krotochwilno-litościwa:

Tusk promował grillowanie w polityce, a Komorowski bigosuje, czyli udaje kogoś, kim nie jest, plotąc często różne głupstwa, niestety, przy przychylności większości mediów„.

Można także porównać do poprzednika:

Jeśli porównamy prezydenturę Komorowskiego i lata, kiedy prezydentem był śp. Lech Kaczyński, to dziś mamy fasadowego urzędnika z czekoladowym orłem. Natomiast w czasach Lecha Kaczyńskiego obserwowaliśmy odważną, przemyślaną politykę zagraniczną, mądre budowanie wspólnoty i patriotyzmu„.

W ostatniej chwili dochodzi ocena wystąpienia prezydenta Bronisława Komorowskiego, który zadeklarował niechęć do głosowania w referendum za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wskazywał też, że takie referenda służą polityce partyjnej, a nie samorządowej:

To kolejny polityk związany z obozem rządzącym, który zapowiedział, że nie weźmie udziału w referendum i zniechęca do tego pozostałych mieszkańców Warszawy. Wcześniej w podobnym tonie wypowiadał się premier Tusk i parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej. W przypadku prezydenta najjaskrawiej widać, ile znaczy rzekoma troska o demokrację i stanie na straży konstytucji. Jeśli demokracja może nam zaszkodzić – tym gorzej dla demokracji„.

Na razie widać, że z przekazów dnia posłom PiS najbardziej utkwił w pamięci motyw żyrandola.

Posłanka PiS Joanna Wiśniewska, oceniając trzylecie Komorowskiego, stwierdziła:

Komorowski wszedł w rolę nakreśloną przez Tuska, czyli człowieka pilnującego żyrandola„.

Joachim Brudziński, oceniając niechęć prezydenta do głosowania w referendum, stwierdził:

Prezydent nie jest strażnikiem demokracji, ale żyrandola„. Nawiasem mówiąc, ta wypowiedź Brudzińskiego jest zdecydowanie lepsza stylistycznie niż teksty autorów przekazów dnia.

Wszystkie partie stosują przekazy dnia, ale stosunkowo rzadko wpadają one w ręce dziennikarzy. W 2012 r. „Rzeczpospolita” ujawniła przekaz dnia przesłany politykom PO ws. afery Amber Gold przez Pawła Olszewskiego, sekretarza klubu PO. Wskazywał on, że:

„Pierwsze wyroki ws. Marcina P. (prezesa Amber Gold) zapadły w czasie rządów Jarosława Kaczyńskiego, kiedy PiS kontrolował służby specjalne i prokuraturę„.

Chodziło o to, aby aferą obciążyć także polityków partii Jarosława Kaczyńskiego.

Paweł Wroński  Gazeta Wyborcza 09.08.2013

8 sierpnia 2013 Dodaj komentarz

Obrazek

Artur Janowski, dziennikarz nto napisał na jednym z fejsów mojej Przyjaciółki (nie wiem czemu akurat tam): „Mirku, mi ten obrazek kojarzy się z pewnym bluzgiem, którego jesteś autorem, a który co jakiś czas ostatnio pojawiał mi się na fejsie. Szczegóły tych skojarzeń, jak się kiedyś spotkamy twarzą w twarzą, bo nie chcę zaśmiecać Kasi profilu. Pozdrawiam z pewnego miejsca, które wciąż pamięta świetnego dziennikarza, a teraz świetnego bluzgacza Platformy.”
Odpowiadam:
Nazwałeś mnie bluzgaczem, co jest wystarczającym powodem do… wiesz czego. A jeśli nie, to przeczytaj Kodeks Boziewicza.
Bez większej wiary w to, że zrozumiesz, spróbuję jednak wytłumaczyć: PO kupiła mnie i obsadziła w swojej drużynie na pozycji obrońcy-libero. Zatem gdy widzę dryblującego na naszą bramkę napastnika, mogę przepuścić piłkę, ale nie jego. Na moje szczęście, nie muszę się do tego jakoś specjalnie motywować. W każdej innej partii musiałbym się do tego wręcz zmuszać.
To czysto rynkowe zachowanie. Gdybym miał trzydzieści lat mniej, może w barwach MKS Kluczbork strzelałbym bramki Odrze Opole?
Redaktorom nto podstawiam przed oczy zwierciadełko. Cóżem ja winien, że nie widzą się w nim tak pięknymi, jak chcieliby być? Dlatego epitety, żem „bluzgacz” przyjmuję z wyrozumiałą dobrotliwością… Której i Tobie życzę.

%d blogerów lubi to: